"Płomienie" w Polskim


Warszawski Teatr Polski podejmuje się trudnego zadania. Przeniesienie na scenę „Płomieni” Stanisława Brzozowskiego. Reżyseruje Janusz Opryński, który  jest także autorem adaptacji dzieła z 1908 roku. 


Usunięto wiele wątków. Powieść to przecież dwa tomy nabite scenami, postaciami, faktami i dialogami. Brakło mi sceny warszawskiej, gdy szykujący się w podróż do Moskwy Michał jest świadkiem rozmowy Tura z Żelabowem. Była ważna dla zrozumienia stosunku Polaków do Rosjan i odwrotnie a co za tym idzie do rozłożenia na czynniki pierwsze idei wolnościowej w carskiej Rosji, oddzielonej od polskiego nurtu niepodległościowego. Ale ani jednego ani drugiego bohatera w spektaklu nie ma. Protezą tej sceny z powieści jest u Opryńskiego rozmowa Nieczajewa z Miszukiem o Polsce. Ale odniosłem wrażenie, ze wiele ona nie wyjaśnia. Rozumiem to doskonale. Przeniesienie „Płomieni” na scenę to zadanie nie lada. Adaptacyjne skróty i uproszczenia są konieczne. Pytanie czy tnąc wątki powieściowe Janusz Opryński nie doprowadził do sytuacji, w której spektakl stał się zbyt zagmatwany i trudny do zrozumienia? - pozostawiam pytaniem otwartym. 


To uproszczenie prowadzi do pomieszania nurtów i ruchów  rewolucyjnych działających  w XIX wiecznej Rosji. Mamy jedną organizację, która łączy ruch Narodnaja Wola (Andrieja Żelabowa, którego w spektaklu nie ma, a w powieści stanowi postać istotną) z Zemstą Ludu Siergieja Nieczajewa. I to ten ostatni jawi się jako przywódca rewolucjonistów stojących za zamachem na cara Aleksandra II. Scena więziennej rozmowy Michała Miszuka Kaniowskiego z Nieczajewem też jest w spektaklu mocno okrojona. Nie bardzo wiadomo na przykład, dlaczego charyzmatyczny przywódca rewolucjonistów jest przez pilnujących go strażników uważany za postać prawie mityczną. Brzozowski to oczywiście opisał. Chodzi o intrygę Nieczajewa, który prostych carskich „klawiszy” przekonał, że jest blisko związany z „prawym” carem Rosji wiekim księciem Konstantym Mikołajewiczem. Ci zaś uznali, że Nieczajew to postać silna i groźna. Dlaczego to ważne? Bo w spektaklu trudno zrozumieć jak to możliwe, że rewolucjonista Miszuk spotyka się w lochu ze skazanym na dożywotni pobyt w twierdzy rewolucjonistą Nieczajewem. Kto go wpuścił? Jak to się stało, że taka rozmowa była możliwa? W powieści jest to klarownie wyłożone, na przykład tu (cyt.): „W tym czasie Nieczajew tak już władał częścią garnizonu twierdzy, że szedłem oto na schadzkę z nim w towarzystwie żołnierza.”. Ale zgadzam się w zupełności - powtórzę raz jeszcze -  z argumentem, że to przecież spektakl teatralny. Adaptacja powieści. I uproszczenia dla podtrzymania dynamiki zdarzeń są niezbędne. 


Słusznie natomiast, moim zdaniem,  reżyser rezygnuje z przesuwania swoich bohaterów wzdłuż linii wyznaczanej przez miejsca, w których Brzozowski osadził  fabułę  powieści. „Płomienie” Opryńskiego dzieją się w trzech umownych płaszczyznach, kwadratach wydzielonych i opisanych na scenie. To „Rodzina”, „Więzienie” i „Kryjówka”, połączone podłużnym szlakiem „Ulicy”. Zabieg jak najbardziej słuszny i odnoszę wrażenie jedyny rozsądny. Gdybyśmy mieli w ślad za Michałem podążać przez wszystkie miasta i

miejsca w jakie gnał go na stronach powieści autor - nie udałoby się nam zapewne uniknąć kolejnej porcji niepotrzebnego galimatiasu. 


Trzy czworokąty. Zamknięte białymi liniami obszary. Trzy klatki, w których krąży myśl wolna, wolność niosąca.  Jaką? Od czego? Tu właśnie kryje się wielka siła „Płomieni”. Każdy z nich niesie pożogę innej formie niewoli ludzkiej postrzeganej i atakowanej przez budzącą się do czynu młodzież z początku Stulecia Wojen i Rewolucji. Paryskie odrzucenie klerykalizmu i zamach na kler, jako istotę niewoli nauki zakutej w łańcuch kościelnych dogmatów. Petersburskie ulotki, drukowane w kryjówce anarchistów, mające sławić wolność każdego wobec wszystkiego w imię chwały i rozwoju życia. Największej, najważniejszej wartości. Są tu też płomienie, snujące się po zbrodni wobec bezbronnej kobiecości. Szarganej i poniżanej w rodzinie, która „w stosunku do pozostałego świata odgrywa rolę pieczary, do której drapieżca znosi swą zdobycz.” - jeden to z ważniejszych moim zdaniem fragmentów powieści Brzozowskiego. W płomieniach rewolucji myśli, idei i wolności ma spłonąć stary, oblepiony pluskwami zła, porządek świata. Umrzeć, rozsypać się. Zniknąć. 


Dochodzimy do kulminacji. Sołowiow (Paweł Krucz) pod okiem anarchistów grupy Nieczajewa (Krystian Modzelewski) szykuje bombę. Zamach na cara staje się symbolem, apogeum walki. Dlaczego car ma zginąć? Mieszają się w głowach zamachowców idee z wątpliwościami. Sumienie z czynem. Kulminacyjna scena przynosi wybuch, przełom po którym następuje gwałtowne załamanie się świata - jak łatwo można przewidzieć nie carskiego ucisku - a wyzwoleńczej idei. Od kul policji giną kolejni rewolucjoniści. Kaniowski (Modest Ruciński) zostaje sam. Wraca w myślach do piekła Dantego. Piekła, które współczesny mu świat zostawił daleko w tyle swoim usystematyzowanym złem i okrucieństwem. Przegrywa? Gdy staje przed nami i dokonuje symbolicznego samospalenia - jest wolny. Wyzwolony od mrzonek, idei, zależności. Zupełnie nieświadomie toruje swoją postawą drogę Cezaremu Baryce, Bungowi, czy Markowi Świdzie. Ale to już kolejne pokolenie, które mniej więcej trzydzieści lat po Kaniowskim wskoczy na karuzelę idei i buzujących emocji. 


Wróćmy do spektaklu. Wspominałem już o przestrzeni scenicznej, podzielonej na umowne sektory-obszary w których rozgrywa się akcja „Płomieni”. Bardzo dobrym pomysłem na przenoszenie jej po scenie jest wielki ruchomy stół. Staje się wehikułem, dzięki któremu podążamy za wydarzeniami ujętymi w tej adaptacji powieści. Można powiedzieć w uproszczeniu: Stół stał się przewodnikiem po meandrach losów Kaniowskiego - Miszuka - gdzie stół, tam akcja. Scenografia jest dziełem Justyny Łagowskiej, której oklaski należą się także za świetny projekt świateł w spektaklu i proste, ale znaczące i adekwatne do opowiadanych zdarzeń kostiumy. Rzadko mam przyjemność podkreślać rolę teatralnych efektów pirotechnicznych. W „Płomieniach” są niezwykle ważne i mówiąc kolokwialnie błyskotliwe. To już dzieło Tomasza Pałasza, który znakomicie wywiązał się z trudnego zadania przeprowadzenia testu materiału wybuchowego i pokazania jak w laboratorium zamachowców powstaje bomba - a wszystko to na niewielkiej Scenie Kameralnej Teatru Polskiego. I jeszcze wizualizacje. Wysmakowane, doskonale wkomponowane w widowisko. Symboliczne. Szczególnie zapada w pamięć powoli rosnący na horyzoncie scenicznym krzyż, zamknięty w potężnym wyrysowanym z płomieni kielichu mszalnym. Kłaniam się za wizualizacje z wdzięcznością Tomkowi Michalczewskiemu. 


Mamy w warszawskim Teatrze Polskim odważną próbę przeniesienia na scenę biblii socjalistów, anarchistów i wielu zapewne jeszcze „istów”. Powieść pokolenia, które pechowo okazało się ostatnią generacją carskiego zniewolenie.  Przyćmiły ich losy historie wspomnianych już Baryki, czy Świdy z powieści Żeromskiego i Struga. Spektakl niełatwy, wymagający skupienia. Naładowany ideami i odważnymi tezami. Dowodami? Mniej. Ale czy rewolucja potrzebuje dowodów? Na pewno jest to teatr wysokich lotów, inteligentny i brawurowo stworzony do nas, widzów. Wart bezwzględnie zobaczenia. 



Twórcy 


Autor: Stanisław Brzozowski

Reżyseria: Janusz Opryński

Adaptacja: Janusz Opryński

Scenografia, kostiumy, światło: Justyna Łagowska

Wizualizacje: Tomek Michalczewski 

Muzyka: Rafał Rozmus

Ruch sceniczny: Tomasz Jan Wygoda 

Dekoracja dźwiękowa: Andrzej Brzoska

Efekty pirotechniczne: Tomasz Pałasz

Asystentka reżysera/inspicjentka: Katarzyna Bocianiak

Suflerka: Iwona Mierzwa

Producentka wykonawcza: Karolina Borzymowska


Obsada 


Katia: Irmina Liszkowska

Ola: Dorota Bzdyla

Wiera: Katarzyna Lis

Matka: Ewa Domańska

Michał Kaniowski: Modest Ruciński

Ksiądz Rotuła: Szymon Kuśmider

Sołowiow: Paweł Krucz

Goldenberg: Sławomir Grzymkowski 

Brenneisen: Maksymilian Rogacki

Nieczajew: Krystian Modzelewski

Ojciec (nagranie wideo): Andrzej Seweryn 




 


 

Komentarze

Popularne posty