Sezon za nami - podsumowanie!

Koniec sezonu teatralnego. Niektóre sceny grają nadal, dla mnie lubiącego miejskie wakacje to wybawienie, bo wieczory bez emocji teatralnych to nie wieczory. Ale - sezon 2024 -2025 przeszedł do historii. Jaki był? Opierając się głównie o spektakle warszawskie i ledwie kilka z innych miast, przedstawiam swoje podsumowanie. Z perskim okiem oczywiście, bo każdy spektakl to ludzka praca, wyzwanie emocjonalne i wiara w to, że wizja artystyczna spotka się z entuzjazmem widzów i krytyki. Nie zawsze. Ale szacunek poszukiwaczom Złotego Teatralnego Runa należy się wszystkim. Nawet tym, co pokazali jak przez prawie godzinę statyści noszą na scenę worki z ziemią i wsypują do foremki.  Do tej pory nie umiem tego wydarzenia zapomnieć…


Najważniejszy spektakl roku. W Warszawie, a moim zdaniem także w Polsce, wybór jest prosty i nie pozostawiający wątpliwości. To „Hamlet” w reżyserii Jana Englerta z warszawskiego Teatru Narodowego. Widowisko totalne. Wspaniałe pod każdym względem - aktorskim, scenograficznym, interpretacyjnym. Na dodatek ta histeria wokół obsady i w efekcie inwazja Widzów na Narodowy. Cieszę się tym spektaklem. Cieszę każdym jego wieczorem. Nie przypuszczałem że zobaczę przed teatrem „koników” sprzedających bilety, że pojawia się fałszywki w necie, a kolejka po wejściówki będzie się wić niczym wąż morski. „Hamlet” pokazuje, że jeszcze nas nie ogłupiono. Jeszcze mamy w sobie pierwiastek ciekawości świata i oczekiwania ambitnych doznań. Dlatego uważam tę inscenizację za najważniejsze wydarzenie sezonu. 


Najlepsza Aktorka. Ależ trudny to wybór. Sezon obfitował w aktorskie popisy. Czy jednak były to kreacje , czy raczej solidne role? Moim zdaniem bardziej to drugie. Przebiegam myślami swoje całosezonowe, teatralne podróże i przychodzi mi do głowy jedna, niekwestionowana zwyciężczyni: Krystyna Janda. Kreacja w „Matce” z warszawskiego Teatru Polonia. Spektakl w reżyserii Waldemara Zawodzińskiego był na wskroś „witkacowski”. Nie zgadzam się z opinią o „odwitkacowieniu” „Matki”. To jest dramat przenikający skorupę, jaką Mistrz oddzielał się od świata. Jaką stworzył na potrzeby budowania pozorów. Mitu Wariata z Krupówek. „Matka” w Polonii jest prawdziwa. Opowiedziana prostym językiem, choć w żaden sposób nie odbiegająca od założeń oryginału. Dzięki Krystynie Jandzie mamy możliwość spojrzenia na życie Witkacego bez kolorowych szybek, czy wirujących szkiełek kalejdoskopu. Po prostu zaglądamy w nie bez ściemy. Rola roku, moim zdaniem, Krystyna Janda jako Janina Węgorzewska w „Matce” Waldemara Zawodzińskiego. Teatr Polonia. 


Aktor? Tu także nie było - moim oczywiście zdaniem - wielu kreacji. Były świetnie zagrane role, ale zgadzam się z Wiesławem Kowalskim, który w „Teatrze dla Wszystkich” słusznie ubolewał nad nadmiarem owacji na stojąco. Stały się zdewaluowanym wyrazem pragnienia aby wieczór teatralny był zawsze, za każdym razem, świętem sztuki próby najwyższej. Tak nie jest i być nie może. Teatr to wielka, piękna praca Artystów. Doceniajmy, ale nie przeceniajmy. Wracając do aktora sezonu. Zaskoczę? Zirytuję? Oddam sprawiedliwość. Ze wszystkich widzianych przeze mnie i opisanych spektakli mam jeden „typ” Aktora Sezonu. To Hugo Tarres. Student Akademii Teatralnej, który zaproponował w Teatrze Narodowym Hamleta swojego pokolenia. Mądra, świetnie przystosowana do połączenia szekspirowskiego tekstu z percepcją współczesnego widza, rola. Tarres wytrzymał ogromną presję. Był oceniany i wałkowany przez teatralną bańkę zanim jeszcze pierwszy raz wyszedł na scenę. Wygrał. Pokazał ogromną siłę i wielki talent. Dla mnie to jest Aktor Roku. Gwoli kronikarskiej poprawności -  Hugo Tarres, tytułowa rola w „Hamlecie” w reżyserii Jana Englerta z warszawskiego Teatru Narodowego. 


I zaczynają się schody. Warto zastanowić się nad reżyserem roku. Celowo używam rodzaju męskiego nie dokładając feminatywu, bo dla mnie - człowieka telewizji - „reżyserka” zawsze będzie kanciapą w której stoją konsolety i gdzie miksuje się programy. Hmmm. Tu jest kłopot. Bo, co już kilkukrotnie pisałem, mieliśmy sezon moim zdaniem bardzo dobrych spektakli. ale czy wybitnych? Na pewno wartych odwiedzania także w kolejnym, zaczynającym się już we wrześniu. Jednak wybór reżysera roku sprawia kłopot. Kłaniając się wszystkim, którzy swoje wizje kładą na scenach i dostarczając widzom inspiracji do myślenia wybieram Pawła Łysaka. Kończy się właśnie Jego czas w warszawskim Teatrze Powszechnym. Będzie trzeba „na Łysaka” jeździć do, na szczęście, nieodległej Łodzi. Pożegnał się z Powszechnym godnie. Wspaniałym, wieloznacznym, odczytanym z szacunkiem dla oryginału i współczesności „Wiśniowym Sadem”. Piękne zwieńczenie lat i związku z warszawską sceną. Życząc sukcesów w Łodzi powtarzam - reżyserem roku jest dla mnie Paweł Łysak, a spektaklem który stanowi stempel jego jakości - „Wiśniowy Sad” z warszawskiego Teatru Powszechnego. 


Wydarzenie roku. Znowu pozwolę sobie na warszawocentryzm, uczciwie pisząc, podszyty lenistwem i niechęcią do podróżowania. Ale to jest wydarzenie. Mnie - zaskoczyło a potem oczarowało. Mam na myśli „Lamentacje”, pierwszą edycję festiwalu, który pod takim tytułem zorganizował warszawski Teatr Polski. zaskoczenie, bo nie spodziewałem się po Polskim - teatrze statecznym i rzekłbym konserwatywnym w doborze spektakli i środków artystycznych - takiego festiwalu. Pokazano widowiska ważne. Solidnie i starannie wybrane. Do tej pory pamiętam świetny „Sen srebrny Salomei” w reżyserii Piotra Cieplaka z legnickiego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej. Nie mogę przestać myśleć o gnieźnieńskiej inscenizacji „W małym dworku” w reżyserii Jana Marka Kamińskiego, czy monumentalnego widowiska wileńskiego Jaunimo Teatras i Krystiana Lupy - „Czarodziejskiej góry”. Ukłon szacunku kieruje do Michała Mizery, kuratora i orędownika tego festiwalu. Drugi ukłon za świetny pomysł z pociągiem festiwalowym i jednodniową wyprawą do Gdańska w ramach biletu na Lamentacje. Mam nadzieję na ponowne wspaniałe doznania w nadchodzącym sezonie. 


A teraz, narażając się na śmieszność - całkiem słusznie - lenistwo moje na nią mnie naraża, pozwolę sobie na moje odkrycie roku. Ten teatr żadnym odkryciem nie jest. Funkcjonuje od lat. Mogę tylko żałować, że niechęć do podróżowania zagnała mnie do niego tak późno. Krakowski Teatr Barakah. Idealne miejsce dla mnie, idealne dla widzów szukających na scenie pasji.  Przestrzeń dla aktorów niewielka, ledwie dwadzieścia metrów na oko. Widownia równie kameralna. Świetny bar, strzegący wejścia na widownię i urocze, stare teatralne fotele w foyer. Od pierwszego pobytu na Paulińskiej miałem żal do siebie i niedosyt tam bywania. Ich „Amoria”, spektakl w reżyserii Klaudii Gębskiej, która świetnie przeniosła na scenę błyskotliwy tekst Miłosza Mieszkalskiego - znakomity. A wcześniej widziani „Inni ludzie” w reżyserii Macieja Gorczyńskiego na podstawie prozy Doroty Masłowskiej mocne, wpadające w ucho i pamięć doświadczenie. Cieszę się, że Teatr Barakah odkryłem zanim z tego świata odszedłem. Żal, że zrobiłem to tak późno. Odkrycie, nie odejście oczywiście… 


Zawód? Czy był zawód sezonu? Nie ma sensu wskazywać paluchem na to, co w mojej, subiektywnej ocenie, stanowiło teatralną hucpę i porażkę. Kto czyta teatrvariowe recenzje, ten wie doskonale, że takie spektakle się zdarzały. Jeśli chodzi o zawód, to podobnie jak w roku ubiegłym martwi mnie brak premiery w niegdyś słynącym z oryginalnych poszukiwań teatralno literackich teatrze Potem o Tem. Tak, wiem. Zapowiadają coś nowego na październik. Co to będzie? Czy nie zardzewieli, grając chyba już automatycznie wciąż i wciąż to samo? O tym przekonamy się jesienią. Na razie - mieli kolejny sezon jak robotnicy przy taśmie w fabryce.


Czas na wakacje. Czas do… letnich teatrów. W lipcu grają w Warszawie Dramatyczny z przegądem całego repertuaru, Kwadrat z zestawem kilku bardzo dobrych komedii. Grają Och! i Polonia - te nawet w sierpniu. Podsumowując zakończony sezon - postawię tezę, że był to równy i artystycznie dobry czas w teatrach. Powoli znika z nich naiwna ciągotka do szokowania dla samego szokowania i podkreślania twórczej „wolności”, manifestującej się niszczeniem cudzych sacrum. Nie było spektakli prymitywnie durnych. Zdarzył się jeden głupi, w którym pewien Białorusin przypisuje Polakom reaktywowanie obozu Stutthof. Ale do prowokacji ze wschodu trzeba po prostu przywyknąć. I do nich i do ich jakości. Poza tym    było mądrze. Teatr stawia coraz więcej pytań. Dyskutuje z widzem, którego konfrontuje z wachlarzem swoich możliwości. Świetnie w tym kontekście wypadały twórcze poszukiwania Artystów skupionych wokół Komuny Warszawa. Bardzo ciekawe premiery zaprezentował TR Warszawa a sztuki performatywne Teatru Studio także zostają w pamięci. Niecierpliwie czekam na wrzesień. Mam już w kalendarzu kilka jesiennych premier. Sezon 2025-26 zapowiada się ciekawie. A jaki będzie? Echhhh trzeba jeszcze „odpękać” te dwa miesiące  wakacji i znowu będzie się działo!  




 

Komentarze

Popularne posty