Zło, które przerosło Diabła...

Dawno nie widziałem w Teatrze Telewizji spektaklu tak pięknego. Wizualnie. Intelektualnie. Artystycznie. A mam na myśli ostatnią premierę telewizyjnej sceny, czyli „Prałata” w reżyserii Marcina Libera. 


Już pierwsze ujęcia pozycjonują. Mamy do czynienia z widowiskiem nawiązującym do greckiej tragedii. Chór, który zapowiada nadejście głównego bohatera, to dzieci. Ubrane w pelerynki ministrantów zasiadają w kościelnych ławach. Te ustawione są przed drewnianą kaplicą. A chór wzywa… Diabła. I będzie pojawiać się, podobnie jak w greckim pierwowzorze, podsumowując kolejne etapy tragedii. Zapowiadając kolejne. Chór dzieci. Ofiar zła ponad wszelkim złem. 


„Idzie, idzie Diabeł” niesie się dziecięcy głos, gdy na scenę - spektakl zrealizowano w konwencji teatralnej, nie ma tu elementów plenerowych co podkreślam z ogromną radością - wkracza Juliusz Chrząstowski, grający rolę Pana Ciemności. Znam kilka ról Chrząstowskiego. To wybitny, krakowski aktor teatralny. Kojarzyłem go ze znaczącymi spektaklami opartymi na klasyce. Tu, w teatrze nowoczesnym, zagrał brawurowo. Dopracował swoją rolę w najdrobniejszych szczegółach. Jego Diabeł nie jest odpustowym czartem, strzelającym ogniem i smołą. Nie ma w nim cienia uproszczeń. To postać symboliczna, dominująca. Okrutna i w tym okrucieństwie wyrafinowana. Diabeł, Szatan i Zło pod różnymi imionami w teatrze pojawia się często. W „Prałacie” Chrząstowski pokazał całą perfidię upadłego anioła. Moim zdaniem - kreacja. 


Spektakl dzieje się w dwóch równoległych światach, o ile piekielne królestwo można światem nazwać. Pierwszy, realny, to siedziba… Teatru Telewizji. Tu, pod czujnym okiem Dyrektora (Andrzej Kłak) powstaje spektakl mający obnażyć podłość i przestępstwa prałata Henryka Jankowskiego. Postaci, której historia jeszcze w pełni nie oceniła. Ale to co dziś o nim wiadomo nie stawia go w barwach innych, niż tych co rzucają piekielne płomienie. Świat drugi to upiorna, drewniana kaplica i kościelne ławki przed nią ustawione. W nie powbijane kolce, przypominające odstraszacze na gołębie. Usiąść można, jednak oparcia rąk czy czoła szukać próżno. W tej rzeczywistości pojawia się opisany już chór. Tu operuje Diabeł, który dowiedziawszy się o idei powstającego spektaklu postanawia… zablokować jego emisję. 


Dlaczego? Widowisko Teatru Telewizji na to pytanie odpowiada przewrotnie. Jankowski trafił do piekła. Zmowa milczenia miała i ma obowiązywać na ziemi. Cyrografy ją pieczętujące podpisywali kolejni dyrektorzy kolejnych teatrów telewizji. Tu Diabeł wymyka się jednolitej ocenie. Rozmienia na wielość zła. Staje się symbolem zmowy milczenia. Każdej, która w imię interesu, świętego spokoju, politycznej koniunktury kryje krzywdę. Diabeł oplata swoimi pokusami. Bluszcz jego podłości dusi i stanowi sieć powiązań, w których osadza się ludzkość. Nie jest zainteresowany jednostkowym rozliczeniem i tak już cierpiącego piekielne męki prałata. W jego interesie jest aby zło trwało. Zmowa milczenia generuje kolejne jego owoce. Kolejnych, którzy po śmierci trafiają do Królestwa Szatana. Świetnie to jest pomyślane i napisane przez autora sztuki, Michała Kmiecika. Udało mu się stworzyć tekst wielopoziomowy. Unikający uproszczenia typu: winien i ma, a my mu jeszcze dopieprzymy. W efekcie diabelskich posunięć, które śledzimy w takt zapadania się tytułowego prałata w szatańskie sidła, człowiek staje się bezradny. Skuszony raz odnajduje się w spirali, prowadzącej wprost do upadku. Prałat (świetny Rafał Dziwisz) okazuje się podatny. Słaby. Uległy i chciwy. A jednocześnie patrząc na to, jak skonstruowana jest diabelska intryga, zaczynamy rozumieć. Do pewnego stopnia rozumieć nieuchronność jego katastrofy. Moralnej, życiowej. Każdej. Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień. Bez jakiejkolwiek winy. Bo tu nie chodzi wyłącznie o sprowadzenie prałata do poziomu winy absolutnej - krzywdzenia dzieci. Jest tego o wiele więcej. O wiele bardziej to wszystko oklejone jest podłością i małością człowieka. Zaznaczam - człowieka. Bo ten spektakl umiejętnie umyka od kolejnego uproszczenia jakie dzwoni często w głowach głupców, powielających tezę „każdy ksiądz to pedofil”. Wreszcie na scenie następuje apogeum zła, gdy dochodzi do oskarżenia o orgie z dziećmi. Uważnie warto przyjrzeć się temu momentowi spektaklu. Trwa rozmowa Diabła z Prałatem. Wszystkie oskarżenia, kuszenia - padają z ust Diabła. To on podsuwa pomysły kupowania luksusowych aut, czy produkowania wina z etykietką zawierającą wizerunek Prałata. Nawet antysemityzm i inne wybryki duchownego. Do tego momentu. Oskarżenie o pedofilię nie pada z diabelskich ust. Ukazuje się w prasie. Szatan się pod tym nie podpisuje. Pedofilia nie wychodzi z kuszenia szatańskiego. Jest zatem wyraźnie złem tak strasznym, że przekraczającym nawet to, co diabelskie. 


Odetchnijmy. Bo „Prałat” nie tylko przygważdża ciężarem poruszanych spraw. Jest świetnie wyważonym spektaklem. Są w nim także wątki zaczerpnięte z pogranicza komedii. Diabeł ma w sobie wolandowski pierwiastek. Wprawdzie nie dziwi się światu tak jak Król Ciemności u Bułhakowa, wie o nim o wiele więcej. Jednak dialogi, które prowadzi ze śmiertelnikami są podobnie zabawne jak te zawarte w „Mistrzu i Małgorzacie”. Takim jest dla przykładu świetna scena telefonu Diabła na ziemię i rozmowa z asystentką dyrektora. Dziewczyna ni w ząb nie rozumie o co tu chodzi, dlaczego dzwoni ktoś o dziwnym nazwisku „Diabeł” i dlaczego numer jego komórki to 666 666 666. A pytanie Diabła o to, jak sobie załatwił taki numer i ile go to kosztowało - naprawdę było urocze. 


Tych znakomitych scen jest wiele. Przeplata się w nich humor z dramatem. Gniew z litością. Diabeł ujawnia kulisy swojej wielopoziomowej intrygi. Jest wszechobecny. Swoim palcem popycha ludzi do zła i kontrowersji. To on stał za wybuchem Powstania w 1944, skłonił konklawe do wyboru Wojtyły na papieża, namówił Magika - lidera Paktofoniki - do skoku z okna. Był przy Gomułce gdy ten planował pozbycie z Polski się Żydów w 1968, namawiał do strzelania w kopalni Wujek. Mieszają się i mnożą tu epizody najnowszej historii Polski. Wszelkie. Te, na które patrzymy jednoznacznie krytycznie. Te, które wciąż są obiektami sporów. Prowokacyjnie wybrzmiewa ta scena. Jedyna, moim zdaniem, tak jawnie prowokująca. Bo nie nazwałbym tak świetnie zagranej mowy w której Prałat staje przed diabelskim sądem ale tytułowany jest tu powodem, a nie pozwanym. Oskarża. Wypowiada się w imieniu własnym, wyrażając skruchę i żal za to czego dopuszczał się za życia. Kogo jednak oskarża? Na czyje barki przesuwa odpowiedzialność? Wiedzieliście! Milczeliście, bo tak było wygodnie! Tak lepiej to wyglądało - mówi. Istotnie. Bez zmowy milczenia wokół kościoła św. Brygidy w Gdańsku ogrom zła jakie tam się działo nie byłby możliwy. Może zatem Prałat nie jest przyczyną zła? Jest zaledwie objawem? Prawdziwą przyczyną zła są wszyscy, którzy milcząc godzili się. Wiedzieli. I z tą wiedzą pozostali. Kapitalna jest ta scena i postać chłopca z chóru w todze i peruce Dantona. Z czerwonym żabotem. Prokuratorskim. 


W finale światy się spotykają. Realizatorzy spektaklu o Jankowskim, artyści młodego teatru współczesnego, trafiają do Piekła. Prowadzeni przez Diabła podglądają scenę tortur na jakie prałat został po śmierci skazany. Szarpany przez krąg dzieci, upodlony duch, miota się w cierpieniu. I zaskoczenie. Diabeł proponuje reżyserce spektaklu coś, co wydawać by się mogło zainteresuje ją z powodów oczywistych. Może pójść i porozmawiać z bohaterem swojej sztuki. W Piekle spotkać się z Jankowskim. Kobieta odmawia. Znak naszych czasów? Tych, w których winy są uznawane bez wysłuchania winnych. Wyroki ferowane z gracją wyciągania z kieszeni pomiętej chustki do nosa. Propozycja Diabła wisi w próżni. Prawda absolutna i jej uzyskanie nie mieści się w zainteresowaniu współczesnego teatru. Agata, reżyser spektaklu o Jankowskim, wie co prałat miałby do powiedzenia. Ważna jest dla niej perspektywa krzywdy. Wyselekcjonowana. „My nie robimy o nim przedstawienia. Tylko o krzywdzie.” - wyjaśnia uzasadniając odmowę. Jednostronność spojrzenia? Nie. Wręcz przeciwnie. Wzmacnia tu siłę potępienia czynu człowieka, który w aurze bezkarności dopuszczał się nieziemskiej ohydy.  


Pozornie to dwuznaczne. Z jednej strony uczciwość człowiecza nakazuje wyrokować po poznaniu wszelkich przesłanek. Z drugiej teatr nie jest sądem. Ten już się odbył po stronie Zaświatów. Można zatem w teatrze wyrokować bez spektrum. Gdyby nie ostatni dialog, zapewne „Prałat” budziłby wątpliwości, czy to uczciwe postawienie sprawy. Wszystko co ważne zawiera się w ostatnim dialogu. Krótkiej wymianie zdań między Diabłem a  Agatą. I sprawa jest jasna. Dwa ostatnie zdania: 


- Nie chce pani z nim porozmawiać. Usłyszeć co by miał pani do powiedzenia ?


- No. Nie chcę właśnie. 


Potem już tylko epilog. Ale więcej nie potrzeba. Zło, które przerosło nawet samego Diabła, będącego architektem upadku prałata, jest wystarczającym powodem aby nie dawać prawa do ostatniego słowa zbrodniarzowi. Niech usta jego będą na zawsze zamknięte piekielnymi pieczęciami. 


„Prałat” w Teatrze Telewizji TVP. Spektakl zrobiony z wielkim wyczuciem tematu i sytuacji. Wspaniale wielowątkowy, symboliczny. A co najważniejsze - po prostu świetny pod względem artystycznym. Moim zdaniem to pierwsza produkcja wskrzeszonej w telewizji sceny teatralnej, która przejdzie do jej historii. 


Autor

Michał Kmiecik

Adaptacja i reżyseria

Marcin Liber

Scenografia i kostiumy

Mirek Kaczmarek 

Muzyka

Marcin Macuk

Zdjęcia

Marcin Łaskawiec

Montaż

Julia Oleksy


Obsada

Mateusz Bernacik

Juliusz Chrząstowski

Dagna Dywicka

Rafał Dziwisz

Oskar Jarzombek

Andrzej Kłak 

Agnieszka Kwietniewska

Magdalena Maścianica

Adam Szustak

Helena Urbańska

Dawid Ogrodnik






















Komentarze

Popularne posty