Z armaty do wróbla
Nawet fajne ale nie wiem zupełnie o czym to było - powiedziała jedna Panna Widz do drugiej wychodząc z Teatru Ochoty po „Masz coś w zębach” w reżyserii Luby Ilnytskiej, będącej zarazem autorką scenariusza widowiska. I trudno się z Panną Widz nie zgodzić. Spektakl jest chaotyczny. Brakuje mu spójności. Ale nie to jest najgorsze. Najsłabsza jego strona polega na tym, że wszystko w nim opiera się na powierzchowności i uproszczeniu.
Twórcy szumnie reklamowali „Masz coś w zębach” jako wynik „rozmów z młodzieżą i dorosłymi, spotkań grupowych w Warszawskich szkołach i warsztatów z młodymi osobami; pamiętników i notatek z wywiadów zebranych w ramach Дzieci uczestniczą! – projektu badawczo-etnograficznego z dziećmi z Ukrainy i Białorusi, prowadzonego przez Warszawskie Obserwatorium Kultury; rozmów oraz improwizacji zespołu twórczego: Very Popovej, Magdaleny Duszak, Łukasza Wójcickiego, Igi Dzięgielewskiej, Sebastiana Świądra.”. Niewiele w takim razie udało się od owych rozmówców uzyskać. Nie twierdzę, że tych rozmów nie było. Mam jednak nieodparte wrażenie, że do rozmówców zupełnie nie udało się dotrzeć. Nie wydobyto z nich niczego, poza sztampowymi, sformatowanymi historiami. A potem, gdy zebrano wszystko do kupy okazało się, że niewiele można z tego „uszyć” na potrzeby sceny. Czy tak było, podkreślam, nie wiem. Ale tak podejrzewam. Bo jeżeli tylu Badaczy badało a efektem jest miałka siedemdziesięciominutowa opowiastka, którą można spokojnie skompilować w ciągu jednego wieczoru w hamaku - to zastanawiam się co nie zagrało.
Zaczyna się to wszystko nawet przyjemnie. Aktorzy - Magdalena Duszak, Vera Popowa i Lukas Wójcicki przedstawiają się, opowiadają w kilku zdaniach o swoich związkach z Warszawą i zapowiadają spektakl. Po chwili wchodzą w role i - w zasadzie to, co ciekawe się zapowiadało tutaj się kończy. Єva to Ukrainka, która przyjechała do Polski z mamą, babcią i bratem. Na Ukrainie został tata. Dla niej wzór i najbliższa osoba. Dziwną decyzją polskich nauczycieli dziewczynka zostaje przeniesiona z klasy ukraińskiej do polskiej. Okazuje się, że ma kłopoty z adaptacją, z językiem. Spotykamy ją, gdy nadal szuka swojego miejsca. Zagubiona, kryjąca samotność za potokiem wypowiadanych słów. Próbuje zaprzyjaźnić się z Anią klasową samotniczką, co początkowo nie wychodzi. W tle jest jeszcze Wojtek. Chłopiec doświadczony chorobami, które uniemożliwiają mu udział we wszystkich aktywnościach sportowych. To spycha go na margines klasy i pozostawia samemu sobie. Tu następuje jedyna, moim zdaniem, dobra scena spektaklu. Przełamanie lodów. Єva gubi ukochaną zieloną bluzę. Ania z Wojtkiem szukają jej ale nie znajdują. Załamana ukraińska dziewczynka chowa się i wpada w rozpacz. Coś zmienia się w postępowaniu Ani. Widząc kolejne paskudne doświadczenie spadające na głowę Єvy otwiera się. Pozwala polubić. Do dziewczynek po chwili dołącza Wojtek i troje to już kompania, można powiedzieć. Jest w tej scenie jakaś dramaturgia, coś się dzieje. Jest spójność i logika. No i to jedyny moment spektaklu, w którym zachodzi się coś, czego nie można przewidzieć w ułamku sekundy. Poza nią wszystko jest potwornie banalne i do bólu przewidywalne. Jaka może być mama Єvy? Oczywiście, zapracowana, zahukana i pomawiana o przywłaszczenie pieniędzy. Jaka jest pani kasjerka w Żabce? Oczywiście niemiła i podejrzewająca dziewczynki o kradzież. I tak dalej i dalej. Bez wielkich badań można było stworzyć opowieść o wiele bardziej barwną i co najważniejsze mającą jakiś logiczny ciąg.
Przełamanie lodów to wszystko, co w „Masz coś w zębach” się zadziało. Lubię obserwować spektakle przez pryzmat upływu czasu, paskudny pewnie zwyczaj ale zerkam ukradkiem na zegarek. Opisana wyżej scena skończyła się koło czterdziestej minuty. Została jeszcze prawie polowa spektaklu. Zaczęło się rozpaczliwe „Co by tu jeszcze”? Czyli chaos, pół-sceny bez domknięcia i większej spójności ze sobą. Na moment wrócił nastrój widowiska, gdy Wojtek recytował „Inwokację” z mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza”, a Єva zapytana o wiersz który zna każdy Ukrainiec wskazała jeden z utworów Tarasa Szewczenki. Wojtek czyta ów wiersz, potem następuje niezła literacko kompilacja tekstów Mickiewicza i Szewczenki. Amen.
Bardzo marnie przemyślany reżysersko jest finał „Masz coś w zębach”. Bohaterowie wsiadają do wyimaginowanej taksówki aby ruszyć w podróż po Warszawie. Moim zdaniem nie bardzo wiedzą, co zrobić - gwałtownie ponoszą ich emocje. W przedstawienie wkrada się chaos. Przekrzykują się stając niezrozumiałymi dla widzów. Najgorsze, że nie pomyślano nawet o jednym, tak przecież prostym: W spektaklu, nie wiem zupełnie po co, jest wykorzystywana projekcja filmowa. Od początku wyświetlane są przeróżne dziwaczne bohomazy, bez większego związku z nawet tak poszarpaną i prościutką fabułką. Myślałem że ekran uzasadni się chociaż w tym końcowym elemencie. Ania Єva i Wojtek wymieniają ulice, po których jedzie taksówka. Jest centrum miasta, jest Praga. A my oglądamy na ekranie z lotu ptaka potężny ślimak autostradowy na jednej z obwodnic. Potem podążamy wzdłuż szosy w stronę miasta. Zupełnie nie ma w tym spójności z podawanym przez aktorów tekstem. Jedynym tejże momentem jest kilkusekundowe ujęcie dzików. Z ulgą odnotowałem, że w tym czasie o dzikach właśnie mówili.
A potem, po scenie taksówkowej, ni z gruszki ni z pietruszki Aktorzy włączają muzykę i zapraszają widzów do tańca. Co to ma wspólnego z niby opowiadaną spektaklem historią? Jaki ma sens? Nie wiem. Kilka osób dało się namówić. Po chwili pląsów i podrygów zgasło światło i przedstawienie się skończyło.
Reasumując powstał spektakl sztampowy, schematyczny i nie dostarczający niczego nowego, ani interesującego na temat trwającej przecież od czterech lat przyspieszonej lekcji integracji narodów polskiego z ukraińskim. Świat nastolatków ma w tym procesie swój udział i swój głos. W przedstawieniu Teatru Ochoty jest on jednak zupełnie niesłyszalny. Dostajemy wyświechtaną opowieść o dziewczynce której mama się zapracowuje, tata jest daleko a ona nie ma z kim porozmawiać. O ile świetnie oparta na podobnym schemacie wyszła w Teatrze Lalka „Dziewczynka z parku” - moje poprzednie teatralne odkrycie - o tyle w Teatrze Ochoty zupełnie to nie zagrało. Moim zdaniem wspomniana „Dziewczynka z parku” musi opierać się na bardzo prostym schemacie scenariusza. Jest przecież adresowana do kilka lat młodszej publiczności niż „Masz coś w zębach”. Widz nastoletni, a „Zęby” do niego są skierowane, ma prawo oczekiwać teatru o wiele bardziej zaawansowanego. Stawiającego mu pytania, wspólnie szukającego odpowiedzi. Teatru w którym, co jest moim zdaniem warunkiem de minimis, przynamniej fabuła jest ciekawa.
Twórcy:
Scenariusz, reżyseria, dramaturgia: Liuba Ilnytska
Scenografia, kostiumy i video: Magdalena Łazarczyk
Muzyka: Zoi Michailova
Pedagogika teatru: Sebastian Świąder i Iga Dzięgielewska
Reżyseria światła: Zofia Krystman
Asystentura: Karolina Gołębiewska
Asystentka scenografki: Klara Rudnicka
Obsada: Magdalena Duszak, Vera Popova, Lukas Wójcicki
W spektaklu wykorzystano inwokację z poematu „Pan Tadeusz, czyli ostatni zajazd na Litwie” Adama Mickiewicza oraz fragment wiersza „Testament” Tarasa Szewczenki w tłumaczeniu Bohdana Łepki.
Autorem wiersza „Ukraino! Ojczyzno moja…” jest Lukas Wójcicki.


Komentarze
Prześlij komentarz