Dwa grzyby w murze
To mogły być dwa świetne spektakle. Jest jeden. I, moim zdaniem, tracimy na tym rozwiązaniu. Mam na myśli „The Wall”, w reżyserii Pawła Miśkiewicza na scenie warszawskiego Teatru Dramatycznego. Jak wiadomo w jednym murze, tfu, barszczu, powinien być tylko jeden grzyb.
Całość - dwa akty plus przerwa - zajmuje około trzech i pół godziny. Sporo. Akty równe, po circa dziewięćdziesiąt minut. To się oczywiście w teatrze zdarza. Ale gdy opowiadane historie są tak mocne, mądrze pokazane i bardzo dobrze zagrane - tracimy w pewnym momencie możliwość należytej percepcji. Po kolei jednak.
Pierwszy akt to splot epizodów niepowiązanych ze sobą ani jednością czasu, ani miejsca. Jeden z nich, co prawda, pojawia się dwukrotnie. Wracamy do niego i on staje się w pewnym sensie finałem aktu. Ale tu wyraziste zakończenie nie jest nadmiernie potrzebne. Mamy wstrząsające, ludzkie historie o dążeniu, próbie utrzymania i klęsce wolności. Zaczyna się bardzo mocnym akcentem - 65 letni, zagubiony człowiek, który postanawia żyć w spokoju. Opuszcza swój kraj, trawiony dyktaturą, i pojawia się na podlondyńskim Gatwick. Za wszelką cenę stara się dostać do Anglii, która jawi mu się jako oaza spokoju. Niełatwa historia, niełatwa przeprawa a życie po drugiej stronie muru, zbudowanego z dokumentów i procedur imigracyjnych nie wygląda ani spokojnie ani bezpiecznie. Krzyk starszego już człowieka o prawo do choć odrobiny komfortu. Prawo do życia bez strachu. Epizod stawia ciekawe pytanie, czy azyl to „przywilej” jedynie młodych”? Co w sytuacji wojny, opresji dyktatorskich ma zrobić człowiek starszy? Jest zdany na łaskę i niełaskę żołdactwa? Bardzo dobra rola Pawła Miśkiewicza, aktora i zarazem reżysera „The Wall”. Kolejne epizody tego aktu przenoszą w świat wojny. Pierwszej, którą śledzimy oczami senegalskiego żołnierza, zwerbowanego do armii francuskiej - wstrząsająca jest scena powolnego umierania i dylematu zabijania na polu walki. Kolejna to przypadek młodego amerykańskiego żołnierza, chłopaka arabskiego pochodzenia, który trafia do Iraku. Jego zadaniem jest prowokowanie. Rozpętywanie agresji przeciwko wojsku tak, aby powstawała czytelna, łatwa do zarządzania linia frontu. I wreszcie historia podzielona na dwa etapy. W pierwszym śledzimy znikanie Larry’ego, organizatora nauczycielskiej demonstracji w Irlandii, w drugiej wracamy do jego rodziny i patrzymy na tragiczny koniec kobiecych marzeń o domu, powrocie do status quo. Koniec życia z głową w piasku. Bo, jak pada ze sceny w ostatnich słowach tego aktu: Koniec świata jest zawsze wydarzeniem lokalnym…
Tak. Nie ma jednego, wielkiego świata. Zbudowanego z ogromnego kawałka życia, będącego jak połączone ze sobą w wiecznej i niezastąpionej współpracy mrowiska. Są mikro sprawy. Okruchy ludzkich losów. Splatające się ze sobą po kilka ledwie. I każdy splot ma swój początek, rozwój i koniec. Koszmary wojen. Dyktatur. Okupacji. One nie są jednym wielkim plackiem ziemi, po której swobodnie przechadza się zło. To zlepki ludzkich tragedii. I bardzo dobrze udało się to w pierwszym akcie „The Wall” pokazać. Akcie, w którym mur jest jedynie symbolicznym oddzieleniem tego, co osobiste od tego, co narzucane przez panujące w różnych zakątkach i krajach systemy. Gdyby zgasło światło i aktorzy wyszli pożegnać się z widzami w tym momencie - mielibyśmy pięknie zamknięty, mądry i wstrząsający spektakl. Kompletny. Bez potrzeby uzupełniania o cokolwiek.
Niestety tak się nie dzieje. Ale to „niestety” nie dotyczy zawartości drugiego aktu. Dotyczy jedynie, moim zdaniem, niepotrzebnego połączenia dwóch znakomitych spektakli w jeden. Wracamy na swoje miejsca i… zaczyna się zupełnie inna historia, osadzona w innej formule. Tu jest spójność miejsca i czasu. Śledzimy dwa wątki silnie ze sobą splecione. Jesteśmy w Strefie Gazy. Jeśli ktoś z Państwa ziewa teraz i wzdycha: Znowu jakiś teatr politycznie zaangażowany… To od razu mówię - nie. Właśnie nie. Nie ma tu uproszczeń, sztucznych emocji, egzaltacji i pustosłowia. Jest życie. Lądujemy w niewielkiej, palestyńskiej miejscowości. On, chłopak z jednego potężnego rodu, zakochuje się w niej - pochodzącej z równie potężnego ale innego rodu. Trochę to brzmi jak palestyńska wersja „Romea i Julii”. Tak. Rzeczywiście początek jest podobny. Ale potem zaczynają się różnice, czyniące akcję dramatyczną, a zarazem arcyciekawą. Nieporozumienia i intrygi powodują, że do małżeństwa nie dochodzi. Urażony chłopak znajduje inną żonę. Żyje z nią w pustce, męce uczciwego człowieka, który nie kocha tej, z którą dzieli każdy dzień. Umyka. Stara się znaleźć inne życie. Dochodzi do katastrofy rozwodu. Zostaje sam z dziećmi. Żeni się powtórnie. Ma synka. A my budzimy się 16 lutego 2012 roku. Jest deszczowy dzień. Godzina 8.45. Na krętej drodze którą porusza się autobus, wiozący grupę przedszkolaków do centrum zabaw, nagle pojawia się rozpędzona ciężarówka. Autobus wypada z trasy. Płonie. Ginie pięcioro dzieci. Inne są ranne. Niestety. Wśród zabitych jest syn naszego tragicznego bohatera. Gdyby nie mur. Nie punkty kontrolne. Gdyby nie niechęć izraelska do niesienia pomocy… Gdyby. Tu mur jest jak najbardziej realny. Dzieli światy. Powoduje śmierć. Betonowy, nowoczesny i pilnie strzeżony mur. Przez punkt kontrolny, w podobnym czasie, przedziera się bohaterka dziejącej się równolegle historii. Wyprawia się na południe z pożyczonymi dokumentami, pozwalającymi Palestynce na podróż w głąb kraju. Jedzie zgłębić tajemnicę dramatycznych wydarzeń w jednym z kibuców. Doszło tam pięćdziesiąt lat wcześniej do gwałtu. Dwadzieścia pięć lat przed jej narodzeniem zgwałcono palestyńską dziewczynę. Nasza współczesna bohaterka nie wie, jak wysoka jest cena jej poszukiwań.
Ten akt, który streściłem w formie skondensowanej aby nie odbierać Państwu przyjemności oglądania „The Wall” stanowi integralny, świetnie opowiedziany, kompletny w każdym calu spektakl. Nie ma żadnego - moim oczywiście zdaniem - związku z pierwszym. Oba byłyby świetnymi odrębnymi przygodami z mocnym, rzetelnym teatrem faktu. Takim, który broni się przed prymitywną propagandą, nie idzie na skróty. Pokazuje ludzi i ich osobiste tragedie wynikające wyłącznie z miejsca, w którym przyszło im żyć. To się znakomicie ogląda.
Nie będę rozpisywać się o Aktorach, obsadzanych w wielu rolach i zmieniających je dynamicznie w czasie spektaklu. Wspomnę tylko dwa głosy. Piękny - Mai Kleszcz, śpiewającej w „The Wall” i zupełnie dla mnie niezrozumiały pisk, który wydaje z siebie Anna Kłos. Nie można wszystkiego traktować identycznie i nie można każdej kwestii, każdej postaci sprowadzać do tego samego - piskliwego, irytującego sopranu. Nic z tego nie wynika po prostu, poza zaprzeczeniem idei spektaklu. Pokazane są losy różnych ludzi w różnych sytuacjach. Dla Anny Kłos wszystkie grane przez nią postaci są jednowymiarowe.
I ostatnia uwaga. Czy „The Wall” nie miał o kilka prób za mało przed premierą? Doprawdy, liczba omyłek i przejęzyczeń Aktorów zastanawia. Ale to uwaga na marginesie. Spektakl jest świeżo po premierze i jak każdy będzie się „docierać”.
Reasumując - korzyść z „The Wall” taka, że w ciągu jednego wieczoru dostajemy dwa świetne spektakle zszyte jeden. Wada - wiele umyka bo tematyka trudna, wymagająca skupienia. Mimo wszystko zobaczyć warto nawet w tej formie.
reżyseria
Paweł Miśkiewicz
scenariusz, dramaturgia
Joanna Bednarczyk
scenografia
Barbara Hanicka
kostiumy
Hanka Podraza
muzyka
Maja Kleszcz, Wojtek Krzak
wideo, światło
Marek Kozakiewicz, Szymon Kluz
choreografia
Dominika Wiak
operatorzy kamery live
Kamil Siegmund, Piotr Zmitrowicz
inspicjent
Tomasz Karolak
suflerka
Maria Lejman-Kasz
kierowniczka produkcji
Adrianna Gołębiewska
Obsada
Marcin Bosak
Magdalena Czerwińska Katarzyna Herman
Anna Kłos
Paweł Miśkiewicz (gościnnie)
Marta Nieradkiewicz
Maksymilian Piotrowski (AST) Paweł Tomaszewski
Kamil Siegmund
muzyka na żywo: Maja Kleszcz i Wojciech Krzak
głosu do spektaklu użyczyli: Piotr Borowiec, Marta Kuligowska



Komentarze
Prześlij komentarz