Mądre Grzyby
„Grzyby” w Teatrze Powszechnym. Reżyseruje duet Weronika Szczawińska i Piotr Wawer Jr. Spektakl ma ponad dwa lata. I nadal jest wart każdej spędzonej na widowni Małej Sceny minuty.
Zacznę nietypowo: Mam osobiste porachunki z „terapełtami”. Kiedy moja córka miała 15 lat trafiliśmy do pani psycholog. Przyjęła nas oboje, po czym ustaliliśmy że sama porozmawia z córką. Zostałem zaproszony do gabinetu po niecałych dwudziestu minutach. Dyplomowana pani psycholog przy nastolatce, będącej w okresie buntu i mającej swoje rozterki wynikające z okresu dojrzewania, powiedziała mi - rodzicowi - że moje dziecko ma początek depresji, anoreksji i wymaga natychmiastowej pomocy farmakologicznej i psychiatrycznej. Rozumiecie? Po kilkunastu minutach rozmowy! Na dodatek błyskawicznie sięgnęła do kieszeni i „przypadkiem” miała tam wizytówkę koleżanki „świetnejpanipsychiatryczki”. Na szczęście moja córka okazała się mądrą nastolatką a ja skończyłem psychologię. Oczywiście, wizytówka powędrowała do śmieci. Dzisiaj mam dumną studentkę kierunku sztuki użytkowej. Zdała zagraniczną maturę. Ma plany, zainteresowania. Jest człowiekiem, który wie czego chce. Jest dumna z siebie, a ja z niej. Ale ilu nastolatków wpada w szpony takich bezmózgich zbrodniarzy? Ilu rodziców - przestraszonych, w dobrej wierze oddaje swoje dzieci w jasyr psychotropom? To jest straszna rzeczywistość.
Zacząłem poważnie, a „Grzyby” są pozornie zupełną tego odwrotnością. Zaczynają się zabawnie. W gabinecie dziwaka-terapeuty spotykają się śmieszne postaci, które przynoszą swoje problemy i nawyki aby odbyć sesję mykoterapii. Sami nie wiedzą co to i na co się piszą. Ten śmiech trwa jednak krótko. Powoli zamiera. Z czego my się śmiejemy? Z samych siebie? Z biednych, wrażliwych i zagubionych ludzi, dla których wizyta na mocno naciąganej terapii jest zwyczajnie krzykiem rozpaczy? Tu nie ma nic śmiesznego. Tu jest życie.
Dostają zabawne imiona-pseudonimy. To nazwy gatunków grzybów. Świetny Mamadou Góo Bá w roli ekscentrycznego handlowca, na potrzeby sesji nazwanego Rydzem. Trafia na zajęcia, bo postawiono mu zarzut nadmiernej agresji. Mailowo. Szuka kogoś, kto na piśmie zaświadczy, że to nieprawda. Purchawka (Natalia Lange) nie odnajduje się w świecie, który nie spełnia jej oczekiwań, nie realizuje marzeń. Jest produktem psycho farmakologii i bywalcem wszelkich terapii. Borowik (Oskar Stoczyński) zamknął się w bańce własnej duchowości i chroni przed światem zewnętrznym za pomocą szamańskich gestów i poszukiwania we wszystkim - żywym czy martwym - znaków energetycznych. Kurka (Maria Robaszkiewicz) jest schowanym za wieloma warstwami ochronnych zachowań bezbronnym, samotnym człowiekiem. Takim, który marzy, aby zostać zauważonym. Niewidzialność w społeczeństwie zorientowanym na egoizm pcha ją do depresji. Ot i wszystkie nitki, które spleść musi Lisiczka (Grzegorz Falkowski) - terapeuta fascynat, entuzjasta. Szarlatan? Doskonałe pytanie. Nie pierwsze i nie ostatnie, jakie powstaje w głowie po tym spektaklu.
„Grzyby” to ledwie siedemdziesiąt minut. Jeśli ktoś obawia się powierzchowności - zupełnie bezpodstawnie. Twórcom spektaklu udało się znakomicie połączyć wszystkie aspekty skomplikowanej materii, jaką jest ludzka osobowość. Ba. Udało się im pójść dalej. Poszukać praprzyczyny. Istoty problemu. Czegoś, co ponad sto lat temu pewien Niemiec nazwał „bólem istnienia”. Bo on tam jest. Ukryty w górce piasku, która stanowi centralny punkt scenografii. Od niej zaczną dziać się rzeczy dziwne. Zacznie się podróż do jądra ludzkiej ciemności. Rozmowy o przemijaniu i odchodzeniu.
Przeciskamy się przez życie a piasek dni sypie się nam między palcami. Szeleści pod stopami. Czy zostanie z nas coś ponad odcisk stopy w tymże piasku? Nasze ślady zmyje deszcz kolejnych pokoleń. A grzyby? Grzyby po ludziach posprzątają. Tylko nas już wtedy tutaj nie będzie. To przesłanie końcowego monologu „Grzybów” fantastycznie wygłoszonego przez Grzegorza Falkowskiego. Ale zanim ten monolog nastąpi, mamy na scenie popis umiejętności aktorskich. W każdej postaci. Chociaż wstrząsające wrażenie na mnie wywarła Natalia Lange i jej Purchawka. Obudzona do życia nową nadzieją. Zdolna do zaufania. Dokonania przemiany i wyjścia poza obręb bezpiecznego choć fatalnie autodestrukcyjnego świata, który sobie zbudowała. Świetna rola, mocny monolog i wspaniała choreografia. Nic dziwnego. Za ruch sceniczny odpowiada Agata Maszkiewicz. Co więcej dodawać. Chyba tylko, że to jest Artystka w każdym calu.
Słowo o scenografii. Teatr na swojej stronie prosi osoby, które mają kłopot z przebywaniem w ciasnych pomieszczeniach o ostrożność. Nie znaczy to, że spektakl jest dla nich nie do przejścia. Po prostu - moja sugestia - wybierajcie Państwo tylne rzędy na widowni. Tam będziecie czuć się bezpiecznie. I zobaczycie kawał fantastycznego teatru, szkoda z niego przecież zrezygnować. W pewnym momencie - nie będę zdradzać co jest tego przyczyną i jak toczy się akcja „Grzybow” - scena zaczyna się zacieśniać. Obniża się sufit. Aktorzy poruszają się w ciasnej przestrzeni. To jest znakomicie opracowane i znakomicie oddaje ducha tego, co dzieje się z bohaterami „Grzybów”. A scenografia i kostiumy to dzieło Marty Szypulskiej.
Zostaną zatem tylko grzyby. Posprzątają po nas planetę, którą ze wszystkich sił zanieczyszczamy naszą egzystencją. Fizycznie i psychicznie. Snujemy się po niej, produkując góry śmieci. Strachu. Dyskomfortu. Snujemy się po
niej w szponach szarlatanów napędzających koło zamachowe wszechobecnej depresji, braku zrozumienia. Kiedy nas zabraknie - grzyby uporają się z tym wszystkim. Powoli, systematycznie. Skutecznie.
To wszystko jest w „Grzybach” na Małej Scenie Teatru Powszechnego. Aż trudno uwierzyć. W ciągu nieco ponad godziny tyle spraw, wątków, problemów pokazano w mądry i pełen przewrotnej wrażliwości sposób. Aż nie chce się wierzyć, że dookoła powstają, ciągnące się często jak gil z nosa, wielogodzinne teatralne kobyły, po wyjściu z których chce się tylko usiąść i walnąć pięćdziesiąt gramów elementu baśniowego. Aż nie chce się wierzyć, że te „Grzyby” są tak pojemne! Kto ma wolne siedemdziesiąt minut i stawia teatrowi estetyczne i intelektualne wymagania - temu czas w drogę do Powszechnego.
P. S. Teatr Powszechny powoli staje się moim ulubionym miejscem w Warszawie. Tak. Miejscem. Bo Powszechny to nie tylko teatr. To właśnie Miejsce. Mam nadzieję, że dyrektor Paweł Łysak wybaczył mi już mail, w którym po pewnym spektaklu napisałem, że noga moja na Zamoyskiego nie postanie. Głupstwa napisałem wtedy. Odszczekuję raz jeszcze: Hau Hau Hau!
obsada
Grzegorz Falkowski
Mamadou Góo Bá
Natalia Lange
Maria Robaszkiewicz
Oskar Stoczyński
twórczynie i twórcy
reżyseria – Weronika Szczawińska, Piotr Wawer Jr
scenariusz – Weronika Szczawińska, Piotr Wawer Jr
scenografia i kostiumy – Marta Szypulska
ruch sceniczny – Agata Maszkiewicz
asystentka reżyserów – Marta Szlasa-Rokicka
konsultacje mykologiczne – Marta Wrzosek
nagranie muzyki – Aleksandra Gryka
konsultacje terapeutyczne – Dobrawa Borkała
inspicjentka - Sandra Milošević
obserwacja uczestnicząca – Katarzyna Tokarska-Stangret



Komentarze
Prześlij komentarz