„Przedwiośnie” a potem już tylko teatr
Lubię odczekać. Nie pchać się w dni premierowe, gdy Twórcy w napięciu i nerwach. Spektakle muszą odetchnąć jak odkorkowane wino. Nabrać mocy. „Przedwiośnie” w Teatrze Powszechnym jest grane od prawie dwóch lat. Dobry moment aby zmierzyć się z nowym odczytaniem prozy Żeromskiego. Szedłem pełen obaw. Nie należę do wielbicieli prozatorskiego talentu Mistrza Stefana, uważam go za pisarza operującego nieznośnie rozwlekła frazą i błądzącego w meandrach opisów. Na dodatek w spektaklu mieli wystąpić „aktywiści”. Czyli naturszczycy ideowcy. A ja boję się wymachiwania sloganami. I naturszczyków ideowców. Pomyliłem się. Pomyliłem wielokrotnie i bardzo się z tego cieszę. „Przedwiośnie” w Teatrze Powszechnym to spektakl ocierający się o doskonałość, a może i doskonały. Pod każdym względem. Nie wiem nawet, czy uda mi się tu opisać wszystkie aspekty tej doskonałości. Ale po kolei.
Aktywiści zaczynają. Przedstawiają się zresztą jako „byli aktywiści” i są znakomitym elementem spajającym całość widowiska. Współczesne pokolenie Baryków rozdające role, prowadzące z przestrzeni widowni narrację tego, co na scenie. Reżyserujący spektakl Paweł Łysak wymyślił to świetnie. Mówią o racji. Wygłaszane przez nich zdania stają się manifestem racji pokolenia. Młodej i nieopierzonej. Nie popartej argumentem. Racji wynikającej z głębokiego przekonania jej wyznawców o tym, że mają rację. Infantylne. Puste. Roszczeniowe. Bo racji należy się wszystko. Jest przecież racją. Manifest pokolenia bezideowego. Czy tylko? A może właśnie zupełnie inaczej? Oto manifest każdego pokolenia, niezależnie od dziejowych zakrętów. Czy Cezary Baryka był inny?
Zanim się o tym przekonamy, narratorzy przenoszą nasz wzrok na pustą scenę. Smutna jest przestrzeń, w której nie ma aktora, rekwizytu, dekoracji. Pozbawiona życia. Ale nieruchome powietrze zostaje wprawione w ruch. Pojawia się aktor. Staje w snopie światła. Dołącza drugi ze skryptem. Po chwili kolejni. Za nimi naprędce ustawione dwa krzesła. I nagle - jesteśmy w początkach dwudziestego wieku. W Baku, gdzie młody Czaruś Baryka czerpie garściami życie dziecka w bogatym, stabilnym mieszczańskim domu. A wszystko to wychodzi z kartek skryptu, który pojawił się w rękach aktora na scenie. Obserwujemy na żywo akt twórczy. Artystów, którzy za pomocą swoich talentów w pustej przestrzeni, w tym ledwo poruszonym powietrzu, wyczarowują widowisko.
Co za fenomenalny początek ma ten spektakl! Zasysa widzów do swojego świata. To jest magia teatru. Dawno nie spotkałem się z tak świetnym pomysłem reżyserskim. Od współczesnej pajdokracji, przez dyskurs o akcie tworzenia do sedna. Czyli w tym wypadku „Przedwiośnia” Żeromskiego. Wszystko w kilku znakomicie przemyślanych i wyreżyserowanych minutach.
A dalej… Dalej pada kolejny mit, który miałem w głowie i który w konfrontacji z tym spektaklem upada. Kamera. To rzemieślnicze narzędzie w rękach artystów zamieniło się w atrybut dzieła sztuki. To, jak pracuje kamera w „Przedwiośniu” jest po prostu jedynym, ważącym i ostatecznym argumentem - tak. Nie kino w teatrze. Na pewno nie. Ale kamera w spektaklu to zupełnie co innego. Bez niej tu nie zadziałoby się nic. Nie powstałoby dzieło tak przejmujące i tak dobre.
Pierwszy akt przytłacza formą. Jesteśmy w Baku. Na naszych oczach wybucha rewolucja, leje się krew tysięcy zmasakrowanych w ciągu czterech dni Ormian. Młody Cezary Baryka patrzy na to beznamiętnymi oczami. Czy leczy się z rewolucyjnej mrzonki? Utwardza i nabiera ducha? Raczej impregnuje. Zamyka w skorupie. Genialna scena rewolucyjna. Białe flagi. Dym. Czerwone reflektory. Jaki kolor mają zatem sztandary tej rewolucji? Czerwony blask reflektorów czyni z nich totemy robotniczego przewrotu. Gdy wyskakują ze snopów świateł stają się białymi symbolami kapitulacji. A gdy przechodzą z pogranicza ciemności do czerwieni - świecą polskimi barwami. Flagi, które oglądane pod różnym kątem symbolizują różne idee.
Kolejna, wstrząsająca scena to alegoria masakry Ormian. Jak pokazać kilkadziesiąt tysięcy ludzi, zgładzonych, zaszlachtowanych? Jak pokazać przerażający ogrom okrucieństwa? Tu wszystko jest. A wystarczyły do tego kamery, przesuwające się stoły i kilkoro ledwie aktorów. Ależ to robi wrażenie!
Dobrze, że jest antrakt. Potrzeba oddechu. Potrzeba zmiany wszystkiego. Myślenia, patrzenia, wrażliwości. Bo z morza krwi i niegodziwości przeskakujemy do Polski. Innej, niż wizja jaką Cezaremu przedstawił ojciec. Nie ma szklanych domów, osiedli artystów. Fabryk, zasilanych morskimi prądami. Jest wojna. I na nią z nudów właściwie i braku perspektywy Baryka rusza.
Potem są wypadki w Nawłoci. Strona formalna spektaklu nadal znakomita. Po prostu to się chłonie a nie ogląda. A treść? Nie wierzyłem w to, co się dzieje na scenie. Oto tekst Żeromskiego, nudnego szkolnego kąta moich dni, który jest teraz wartki, czysty i spójny. Czy uwierzycie Państwo? W tym „Przedwiośniu” są też fragmenty śpiewane. No, ale mając takie głosy i takich aktorów jak Arkadiusz Brykalski, czy Magdalena Celmer - nie ma się co zastanawiać.
Właśnie! Aktorzy. Arkadiusz Brykalski znakomity w rolach Seweryna Baryki a potem Hipolita Wielosławskiego. Jak zwykle zresztą. Widziałem kiedyś słaby moim zdaniem spektakl z tym aktorem. Ale nigdy nie widziałem słabej roli Arkadiusza Brykalskiego. Klara Bielawka gra w ekstralidze. Niezależnie, czy patrzymy na nią gdy wciela się w Jadwigę Barykową (akt pierwszy), czy gdy genialnie wypada w roli szesnastoletniej Wandy Okszyńskiej w akcie drugim. Jak Ona to robi? Dwie, wydawać by się mogło, biegunowo różne role. I ledwie kwadrans przerwy między nimi. Napisałem „ekstraliga”. Amen. Kolejne znakomite role to Laura Kościeniecka, świetnie zagrana przez momentami wręcz demoniczną Aleksandrę Bożek. Grzegorz Artman znakomity. Po prostu. A scena dialogu księdza Anastazego z Cezarym Baryką - to taka scena którą się pieczołowicie układa w pamięci i już się ją tam ma. Ot, żeby była na podorędziu. Mimo wszystko, moim zdaniem najważniejsza jest, świetnie zagrana i wyreżyserowana, scena dialogu i romansu Cezarego z Karoliną. To narastające napięcie, tworząca się relacja. I rekwizyt… Czysta przyjemność w koncentracie.
Celowo odłożyłem do osobnego akapitu główną postać spektaklu. Cezary Baryka. Bezideowy, złamany okrucieństwem swoich czasów nihilista. Były bolszewik. Koniunkturalista bezwzględnie wykorzystujący wszelkie nadarzające się okazje do odniesienia doraźnych korzyści. Zarazem samotny człowiek na pustej scenie życia. Aktor, który wchodząc w snop światła zamienia pustkę w sztukę. Wielka moim zdaniem rola Michała Czachora. Jedna tylko uwaga techniczna. Michał Czachor - zupełnie słusznie - buduje swoją postać cichym, często beznamiętnym głosem. Jednak są chwile w pierwszym akcie, gdy jest moim zdaniem zbyt cicho. Może to wina ustawienia mikroportu? Miałem kłopot ze zrozumieniem wypowiadanego tekstu. Absolutnie nie z przyczyn dykcyjnych. Cezary Baryka w wykonaniu Michała Czachora jest właśnie takim, jakiego sobie zawsze wyobrażałem. Na dodatek staje się spójnikiem. Łączy burzę początku dwudziestego wieku z tyglem i wrzeniem idei naszych czasów.
Polska odmieniana przez wszystkie przypadki. Polska haseł i pustosłowia. Polska… Jaka? Jak ta Polska do jasnej cholery jest i jaka ma być. Znakomicie wybrzmiewa apel narratorów-aktywistów, ukłon do świetnie się ze swoich zadań wywiązującej dwójki czyli Zuzanny Karcz i Sebastiana Słowińskiego. Apel o to, aby w szkołach uczyli marzyć. I pracować nad swoimi marzeniami. "Przedwiośnie" zamyka się tym samym jak klamrą postawami współczesnego młodego pokolenia. Od nieuargumentowanego przekonania o posiadaniu nadrzędnej racji, do pracy nad realizacją marzeń. Dawno nie czułem się tak usatysfakcjonowany mądrym przesłaniem spektaklu. Nie nastrojem, w jakim opuszczam widownię. To przecież się zdarza. Tu chodzi o zupełnie co innego. O znaczenie i przesłanie. Historia zatacza kręgi. Barykowie rodzą się, stają naprzeciw oczekiwaniom. Walczą. Czy wygrywają? Czy muszą walczyć i wygrywać? Czy jeszcze jest o co walczyć? Polska staje się odpowiedzią na te pytania. Tylko - jaka ta Polska jest i jaką ma być…
„Przedwiośnie” w Teatrze Powszechnym. Współcześnie odczytana lektura szkolna, która dla widza teatralnego powinna być lekturą obowiązkową. Świetny. Po prostu świetny spektakl moim zdaniem.
Obsada
Grzegorz Artman - Ksiądz Anastazy, Lulek
Klara Bielawka - Jadwiga Barykowa, Wanda Okrzyńska
Aleksandra Bożek - Laura Kościeniecka
Arkadiusz Brykalski - Seweryn Baryka, Hipolit Wielosławski, Szymon Gajowiec
Magdalena Celmer (gościnnie) - ormiańska dziewczyna, Karolina Szarłatowiczówna
Michał Czachor - Cezary Baryka
Michał Jarmicki - Maciejunio
Zuzanna Karcz (gościnnie) - aktywistka
Sebastian Słowiński (gościnnie) - aktywista
Twórczynie i twórcy
reżyseria - Paweł Łysak
scenariusz i dramaturgia - Paweł Sztarbowski
scenografia - Robert Rumas
współpraca scenograficzna i kostiumograficzna - Anna Macugowska
współpraca dramaturgiczna - Sebastian Słowiński
muzyka - Dominik Strycharski
wideo - Karol Rakowski
inspicjentka - Sandra Milošević
aktywistki i aktywiści współpracujący przy spektaklu - Janina Świerżewska, Sebastian Słowiński, Zuzanna Karcz
konsultacja sceny tanecznej - Danil Vitkovski



Komentarze
Prześlij komentarz