Dryfujące „Przełamując fale”
Spektakl, który na scenę przenosi dzieło filmowe. Ostatnio widziałem ich kilka. Czy rzemiosło kina da się ujarzmić w ramach sztuki teatralnej? W Teatrze Powszechnym z „Przełamując fale” zmierzyła się Ewa Platt. Reżyserka ma na koncie wybitny moim zdaniem spektakl „Zbombardowani”, który w ubiegłym roku był głośną premierą Teatru Collegium Nobilium. Poprzeczka została zatem zawieszona wysoko.
Nie ma nic gorszego niż porównania. A jednak nie można się uwolnić z poczucia, że jest coś, co łączy „Zbombardowanych” z „Przełamując fale”. Jakaś brutalna dosłowność w sposobie opowiedzenia historii. Uczynienie z postaci scenicznych ludzi pokrzywionych życiowo. Połamanych. Odartych z wszelkich nadziei, radości. Także ubrań. O ile w pierwszym z wzmiankowanych spektakli to miało uzasadnienie i udało się znakomicie, o tyle tu, moim zdaniem machina zgrzyta trybami i się zacina.
Jan i Bess się pobierają. On po sielance miodowego miesiąca wraca na platformę wiertniczą do pracy. Jest ofiarą wypadku i zostaje sparaliżowany od pasa w dół. Bess modli się o jego wyzdrowienie. Dookoła krążą jej znajomi. Wszystko jest osadzone w małym miasteczku. Gdzie to miasteczko? Sądząc po pitym soku Fortuna - w Polsce. Ale skąd w takim razie doktor Richards, w którego wciela się Grzegorz Falkowski? Nieistotne. Przyjmijmy, że to mała, hermetyczna społeczność. Bess rozmawia z Bogiem, Bóg nie jest skory do pomocy. Jan domaga się od młodej żony aby żyła i kosztowała cielesnych uciech. A o ich przebiegu mu skrzętnie opowiadała. Kobieta z uciech nie korzysta, choć wszyscy uważają że tak właśnie jest. W końcu składa największą ofiarę w imię ozdrowienia męża. Ten wstaje, zakłada spodnie i znowu jest zdrowy. Częściowo pokrywa się to ze scenariuszem filmu Larsa von Triera pod tym samym tytułem, a częściowo od niego odbiega. Takie jest prawo teatru.
Napisałem to w telegraficznym skrócie, bo coś w całej tej układance nie pasuje. Coś się tu zacina. Postaci u von Triera były prawdziwe i ponadczasowe. A stale zadawałem sobie pytanie: No i co z tego? Gdzieś coś moim zdaniem nawaliło. Co? Oto moje podejrzenia. To wielopoziomowy, głęboko psychologiczny film. Zbudowanie takich ról na scenie Teatru Powszechnego się nie udało z jednym wyjątkiem. O nim na końcu, bo to świetna rola i warto ją wyeksponować. Zatem Bess, grana przez Klarę Bielawkę. Ja rozumiem, że to jest jakaś konwencja. Dla mnie - maniera. Ale czy istotnie Bess to postać aż tak nonszalancka? Zupełnie nie udało się moim zdaniem tej kobiety „zbudować” na potrzeby spektaklu. Jest nijaka, niekonsekwentna i oderwana od rzeczywistości. Choć - bezapelacyjnie pani Klara Bielawka to piękna kobieta. Jednak jej rozmowy z Bogiem trącą naiwnością, jej sposób postrzegania okaleczonego Iana nie budzi wiary w prawdziwość uczuć. Dla mnie to jest rola do ponownego odczytania. I w dużej mierze ona nie pasuje do układanki tego spektaklu. Chodzi, bo chodzi. Mówi, bo mówi. Krzyczy. Tego akurat nie rozumiem, bo ten krzyk też nie ma żadnych emocji poza decybelami.
Nie rozumiem jeszcze jednej postaci. Czyli granego przez Mateusza Laskowskiego odpowiedniku filmowego Terry,ego. Jest potrzebny w spektaklu jak zeszłoroczny śnieg w tegoroczne Zaduszki. Cała robota tej postaci - bardzo dobrze zagranej zresztą - polega na tym, że ogląda telewizję, pije kefir, pije piwo i smaruje dekorację, siebie oraz scenę gliną. Więcej nic nie wnosi. Pozostałe dwie postaci drugoplanowe - Dodo grana przez Natalię Lange i doktor Richards Grzegorza Falkowskiego zupełnie dobre. Ale to nie są ważne osoby tego dramatu i potrzeba by było cudu, aby one to „Przełamując fale” uratowały.
Jest natomiast fenomenalny Arkadiusz Brykalski. Jego Jan jest prawdziwy, budzący rozpaczliwą litość, współodczuwanie i rozdzierający smutek. Brykalski stworzył postać wspaniałą. Właśnie taką, jakie powinny wypełnić ten dramat. Ale jest sam. Nikt mu na tej scenie nie pomaga. A jak Państwo wiedzą - cóż Herkules… Wracając do Iana. To bardzo trudna rola. Wymaga zaakceptowania poniżenia, obnażenia się do nagości. Wyłuskania z siebie pierwiastka bezradności, rozpaczy która prosi o możliwość spokojnej śmierci. I Arkadiusz Brykalski to wszystko pokazuje. Ian umoczony w swoich odchodach, umazany wypluwanym jedzeniem, żałosny i nieporadny czołga się po scenie. I jest prawdziwy. Aktorsko doskonały. Ale o czym tu pisać. Przecież to jest Arkadiusz Brykalski. Ten sam, który w Komedii dał znakomitego Cześnika w Zemście a w Powszechnym może nawet jeszcze lepszego Winstona w „1984”. Jednak w „Przełamując fale” poszedł jeszcze dalej. To jest rola, która w moim odczuciu czyni ten spektakl wartym zobaczenia.
Reasumując. Mamy adaptację słynnego filmu. Dla mnie mało wiarygodną, niespójną i pozbawioną głębszej refleksji. Ale mamy też znakomitą rolę męską, która warta jest spędzenia osiemdziesięciu minut na widowni Małej Sceny Teatru Powszechnego. Tyle. Moim zdaniem w tym wypadku - tylko tyle.
Obsada
Klara Bielawka
Arkadiusz Brykalski
Grzegorz Falkowski
Natalia Lange
Mateusz Łasowski
Twórczynie i Twórcy
reżyseria - Ewa Platt
tekst - Lars von Trier, David Pirie, Peter Asmussen
opracowanie sceniczne - Vivian Nielsen
przekład - Małgorzata Leyko
adaptacja - Ewa Platt
scenografia i kostiumy - Robert Rumas
muzyka - Kamil Białaszek
inspicjentka - Sandra Milosevic



K O S Z M A R .
OdpowiedzUsuńPani Reżyserka oryginał potraktowała osobliwie. Najpierw kalka, (z kostiumem Bielawki włącznie). Potem , właśnie co potem? Potem drobiazgowa relacją z przemocy i tortur wymyślnego poniżania. Jeśli taki był cel , to zadanie reżyserskie wypełnione w 200%.