Poprzeczka za wysoko
W Teatrze Dramatycznym premiera. „Skok wzwyż” w reżyserii Wojtka Rodaka. Scenariusz i dramaturgię - tak Teatr opisuje sprawę - przygotował natomiast Szymon Adamczak. I jest to spektakl moim zdaniem zły. A w zasadzie spektakl, którego nie ma. Zamierzam Ciebie, Czytelniku, do tego przekonać. Zanim to jednak nastąpi dodam: Istotnie, można „Skok wzwyż” traktować jako piękną realizację marzenia kobiety o niełatwych losach. Spektakl o ciągłym podnoszeniu przez życie poprzeczki i tych, którzy notorycznie ją strącają. Można. Ale wtedy decydujemy się na odbiór uproszczony i powierzchowny. Oto moje argumenty.
Po pierwsze: „spektakl teatralny” to utwór dramatyczny lub inne dzieło sztuki teatralnej odegrane przez aktorów przed zgromadzoną w tym celu publicznością.”. (ciotka Wikipedia nieoceniona). Tu tego nie ma. Treść, czy też tekst, o który opiera się „Skok wzwyż” to powieść Macieja Jakubowiaka „Hanka. Opowieść o awansie”, plus fragmenty historii życia Ewy Błasiak. Ani powieść, ani historia nie zostały przerobione na spójne dzieło sztuki. Są po prostu odrębnie - powieścią i historią. Opowiadają o podobnych sprawach, ale nie stanowią jedności. Nikt nie zadał sobie trudu, aby na kanwie powieści i historii napisać sztukę teatralną. Po prostu wziął je, jak dwa kawałki gliny i zderzył ze sobą. Gdzieniegdzie mu się zlepiły. Są jednak zaledwie dokumentalnym materiałem na spektakl. Oglądamy przez to zaniedbanie coś, co jest banalne. Przeraźliwie nudne bo przewidywalne. Nie ma lekkości. Nie ma polotu, koniecznego dla sztuki. Stajemy się uczestnikami częściowo korelujących ze sobą, na szczęście bo inaczej byłoby zupełnie fatalnie, perypetii życiowych dwóch kobiet. Czy są one postaciami alegorycznymi? Unoszącymi się ponad deskami sceny? Nie wydaje mi się. W zasadzie bez czytania powieści już po pierwszym dialogu „Skoku wzwyż” można przewidzieć jakie będą losy scenicznej Hanki. Jeśli chodzi o historię życia pani Ewy? Zapewne miała być kontrapunktem dla powieściowej sportsmenki. Ale reżyser tak to zagmatwał, w końcowych sekwencjach powierzając na dodatek Ewie Błasiak rolę Hanki na emeryturze, że doprawdy trudno się zorientować czy jej historia miała być uzupełnieniem losu Hanki, czy owym kontrapunktem.
Po drugie: w „spektaklu teatralnym”, jak można sprawdzić wyżej, grają „aktorzy”. Są to ludzie obdarzeni specyficznym talentem, posiadający wykształcone w toku wyższych studiów umiejętności. Tak powinno być w profesjonalnych teatrach. Pani Ewa Błasiak taką osobą nie jest. Żeby było jasne: Nie kwestionuję Jej zaangażowania w pracę nad „Skokiem”. Nie odbieram prawa do grania w teatrach amatorskich i laboratoriach teatralnych. Ale sankcjonuje się niebezpieczny precedens: Na sceny profesjonalne wpuszcza amatorów, kompletnie bez aktorskiego warsztatu. Po co? Przecież teatr to sztuka stwarzania wrażenia. Aktor wciela się w postać i grając nadaje jej wyrazu i siły. Teatr to nie jest ani film dokumentalny ani sala terapeutyczna, ani studio spełniania marzeń. Bo jeśli spełniamy marzenie Pani Ewy, która od zawsze chciała zagrać w teatrze, to dlaczego nie iść dalej? Niech aktorzy zawodowi i zawodowi reżyserzy będą tylko członkami absurdalnych komisji castingowych, które będą rekrutowały zawodowego szewca do roli Sajetana Tempego. Czyli - sceny niech wchodzi kto tylko ma pragnienie. Nie zgadzam się na takie poluzowanie formuły teatru profesjonalnego. Ma w nich być aktor z „papierami na granie”. Niestety casus „Skoku wzwyż” nie jest odosobniony.
Po trzecie: struktura spektaklu. Początek to odwołanie do zasad dyscypliny sportu. Dowiadujemy się między innymi tego, że skoczek na zawodach ma trzy próby pokonywania wysokości. Trzykrotne strącenie poprzeczki oznacza, że odpada z rywalizacji. I tak to się niby zaczyna. Mamy obserwować trzy najważniejsze momenty w życiu Hanki, która skoczkiem wzwyż była - ale z trzech powodów jej się nie udało. Pierwszy raz poprzeczka spada wyraźnie. Matka nie zgadza się na jej przeprowadzkę do Zabrza i treningi w profesjonalnym klubie. Drugi raz spada… hmmmm. Gdy spotyka zawodniczkę z Czechosłowacji i okazuje się, że Polska jest sto lat za małpami w skokach? Kiedy konstatuje, że jej syn nie będzie sportowcem? A może wtedy, gdy… no właśnie. Moim zdaniem pomysł na spektakl runął. Rozmył się w ciągu oderwanych od siebie scen. Jest to nieczytelne. Najgorzej wypada finał. Idea dialogu matki z synem - niezła. Ale dlaczego Hanka leży na zaimprowizowanej kanapie pod jedną
ścianą sali a syn siedzi przy drugiej? Oddalony tak, że widzowie jak na meczu tenisowym obracają głowami z prawej
w lewą i z lewej w prawą stronę? O ile moim zdaniem lepsza byłaby ta scena, gdyby grający syna Marcin Wojciechowski był bliżej kanapy na której leży matka, czyli w tej odsłonie Ewa Błasiak? To osobisty, emocjonujący i w pewnym sensie najbardziej intymny dialog syna z matką w całym „Skoku wzwyż”. Wypowiadane kwestie „stygną” jednak pokonując niedorzeczną odległość między aktorami.
Po czwarte: skoro wspomniałem o Czechosłowacji. Jest taki przesympatyczny czechosłowacki utwór muzyczny. Nazywa się „Jozin z bazin”. W wideo do tej piosenki, pod koniec, pojawia się wąsaty gość. Krokiem dumnego cyrkowca wychodzi na środek, przykłada sobie do ust kawał szyby i pokazuje zabawnie rozdziawioną paszczę. Z treścią „Jozina” nie ma to nic wspólnego. Jest jedynie śmieszne i tyle. W „Skoku wzwyż” taką sceną jest coś, co stanowi moim zdaniem przedwczesny finał spektaklu. Marcin Wojciechowski zaczyna skakać przez poprzeczkę. Po każdym skoku podnosi ją o kilka centymetrów wyżej. Ustawia się, skupia. Krzyczy: „Skok!”, po czym pędzi w stronę stelaża i materacy. Nieźle mu to wychodzi i poprzeczka podnosi się rytmicznie. Oczywiście wiadomo, że w którymś momencie ją strąci. Każdy, nawet Elena Isinbajewa, czy Javier Sotomayor, w którymś momencie muszą poprzeczkę strącić. Ba. Gdyby podnieść ją dajmy na to na wysokość trzech metrów - zapewne nie mogliby do niej nawet doskoczyć. Co ma to zatem symbolizować? Że nigdy nie osiągniemy szczytu swoich marzeń? Po co jest ta scena i dlaczego trwa tak długo? Mam wrażenie, że w tym spektaklu wszystko jest ze sobą powiązane bardzo cienkim
sznurkiem, który tylko pozornie ma solidne węzły. Hanka i Ewa nie pasują do siebie. Wątek tej drugiej jest kompletnie zbędny, wstawiony na siłę. To, że kangur skacze i skoczek wzwyż skacze, nie oznacza, że obaj są skoczkami spadochronowymi. A obawiam się, że Twórcy tego spektaklu, gdyby wpadli na tak luźne podobieństwo kangura, skoczka wzwyż i spadochroniarza - próbowaliby udowodnić że wszyscy są tacy sami.
Po piąte: kolejny mankament i przestroga: „Skok wzwyż”, w wersji popremierowej, trwa ponad dwie godziny bez przerwy. Tak. Bezlitosny reżyser zmusza widzów do tkwienia na mało wygodnych krzesełkach przez ponad dwie godziny! Czy nie można zrobić albo skrótów albo przerwy? Miałem wrażenie, że ostatnie dwadzieścia minut to zmaganie się z pułapką myślenia „co by tu, cholera, jeszcze wcisnąć?”.
Ja wciskać więcej nie będę. W Teatrze Dramatycznym, na Małej Scenie „Skok wzwyż”. Moim zdaniem - nieudany.
P. S. Ale scenografia i ustawienie miejsc na widowni jak w hali sportowej - fajne!
Twórcy
Reżyseria Wojtek Rodak
Scenariusz i dramaturgia Szymon Adamczak
Choreografia Agnieszka Kryst
Scenografia Zuza Golińska
Współpraca scenograficzna Gosia Machaj
Kostiumy Rafał Domagała
Dźwięk Justyna Stasiowska
Reżyseria światła Jacqueline Sobiczewski
Asystentka kostiumografa Alicja Konarska
Inspicjent/sufler Radosław Duda
Kierowniczki produkcji Małgorzata Basińska, Olga Stefańska
Obsada
Waldemar Barwiński
Marta Ojrzyńska
Helena Urbańska
Marcin Wojciechowski
Ewa Błasiak (gościnnie)



Komentarze
Prześlij komentarz