Babcie córkom matek o dzieciach
Obejrzałem spektakl, który miał potencjał na to, aby stać się mądrym głosem ludzi - nie kobiet, a ludzi - w kwestii aborcji. Ale emocje wyprzedziły moim zdaniem możliwości i zamiast o dziecku nienarodzonym „Opowieści babć szeptane córkom przez matki” opowiadają o dziecku wylanym. Z kąpielą.
Już samo zestawienie czasów komunistycznej dyktatury w Rumunii z obradami okrągłego stołu i postawienie znaku równości między tymi wydarzeniami budzi zdziwienie. Wyszło na to, że okrągły stół w Polsce zwołali mężczyźni, aby zlikwidować kobietom prawo do aborcji, które dawała im oaza wolności, jaką był PRL. Przy całym szacunku - nie zgadzam się z tą tezą. Miałem wtedy, w czasie obrad okrągłego stołu, lat dwadzieścia. Pamiętam czemu służył i po co go stworzono. Może to dziwne dla współczesnego młodego pokolenia, ale aborcja nie była jego wiodącym tematem.
To nie zagrało. Przeskok z Rumunii do Polski był, moim zdaniem, zbyt duży. Piekło kobiet komunistycznej Rumunii pokazano w sposób porażający. Fakt. Ten fragment spektaklu ogląda się z zaciśniętym gardłem. Jest dynamiczny, mocny i dobrze wyreżyserowany. Sekwencje różnych rozwiązań sytuacji, z których żadne nie jest dobre dla kobiety pokazują człowieka zniewolonego w podłym świecie. Przerażająco i dobitnie.
Ale co dalej? Hops i jesteśmy w Polsce, po czerwcowym przełomie roku 1989. I tu jest, zdaniem Twórców „Opowieści”, w zasadzie równie źle. A to „źle” pokazane jest na przykładzie wywołanego sztucznie, jak mniemam z półsłówek, poronienia w domu. Kobieta trafia do szpitala i tam zderza się z rzeczywistością. Lekarzy, prawa, policji. Rzeczywistością, z którą nota bene sam też się nie zgadzam.
Zestawiono kuchenny stół w rumuńskim domu sprzątaczki, która para się na nim spędzaniem płodu z polskim szpitalem, prywatnym gabinetem, czy tabletką wczesnoporonną. Nie wiem jaki był cel tego połączenia. Dla mnie jawił się jako argument za tym, że wołanie o „piekle kobiet” w Polsce jest mocno naciągnięte. A przecież to nieprawda.
Zagadnienie aborcji wymaga spokoju i rozsądku. W „Opowieściach” spokoju nie ma na pewno. Czy jest rozsądek? Powiedzmy - pół na pół. Na przykład scena, w której dziewczyna z zagranicy próbuje kupić tabletkę „dzień po” i dowiaduje się ze zdziwieniem, że w Polsce jest to medykament na receptę. Takie są u nas przepisy i konstatacja faktu, że jeśli jest się obcokrajowcem, to też trzeba się do nich stosować jest, mówiąc oględnie, banalna. Ale to są naiwności, w których niejednokrotnie grzęźnie współczesny polski teatr.
Oglądamy spektakl minuty na minutę bardziej chaotyczny. Mówiący bez wątpienia o ważnej sprawie. Ale mówiący, czy pokrzykujący? Niedawno pisałem o tym, że dobry teatr to taki, który stawia pytania, a widz sam szuka w swojej przestrzeni na nie odpowiedzi. W „Opowieściach” takich pytań nie znalazłem. Szkoda. Bo początek był bardzo dobry.
Właśnie. Początek spektaklu. Zabawny chaos na scenie i rozmowa o roli mężczyzn w spektaklu. Przepychanki słowne i wzajemne damsko-męskie oskarżenia. Aktorzy buntują się, schodzą ze sceny. Wracają. Śmieszne, bo w szerszym kontekście pokazuje pracę w polskim teatrze. A w odniesieniu do Teatru Dramatycznego i bezwładu wokół wyłonienia nowej dyrekcji - jeszcze śmieszniejsze.
Finał natomiast miał być mocny. Aktorzy wychodzą z postaci i manifestują swoje osobiste stanowisko wobec aborcji. Ale tu teatr się kończy a zaczyna manifestacja. Ja szedłem do teatru. Na manifestacje nie chodzę, bo nie lubię zgiełku i tłumu. Na dodatek grająca w tym momencie najważniejszą rolę lekarki aktorka zapomniała numeru do pomocowej linii aborcyjnej. Wszyscy pamiętali u skandowali, ona zacięła się na tym i w zasadzie efekt finałowy padł, niczym domek z kart.
No cóż. „Opowieści” są takie, jak sam tytuł spektaklu. Nie bardzo wiadomo dlaczego taki, co się w nim kryje i co miał oznaczać. Szkoda. Bo to jest temat który zasługuje na mocny, poważny dramat sceniczny. Tragedię ludzką. Osobistą. Krzyczącą, kameralną. Bo ludzie ludziom ten los zgotowali… Tego niestety w „Opowieściach” nie dostrzegłem. Może to nadmiar ról? Wielość postaci powoduje, że łatwo się w tym wszystkim zgubić. Harmider prowadzi do chaosu. Aktorzy przeskakują z kostiumu w kostium. Z miejsca na miejsce. I wszystko zostało upchnięte w ramy osiemdziesięciominutowej jednoaktówki. Po co? Nie znam na to pytanie dobrej odpowiedzi.
TWÓRCY:
OBSADA:
Barbara Biel, Magdalena Myszkiewicz, Magdalena Wrani-Stachowska, Beata Zygarlicka, Robert Gondek, Adam Kuzycz-Berezowski, Michał Lewandowski, Wojciech Sandach, Maria Wójtowicz (gościnnie)



Komentarze
Prześlij komentarz